Derry/Londonderry — miasto ukryte w mieście
Ile miast mieści się w jednym Derry?
Są miasta, które można poznać podczas jednego spaceru. Wystarczy przejść główną ulicą, zajrzeć na rynek, zobaczyć najważniejsze zabytki i usiąść gdzieś na kawę. Po kilku godzinach człowiek ma wrażenie, że zobaczył przynajmniej najważniejsze rzeczy.
Z Derry jest trochę inaczej.
Przyjechaliśmy tutaj w piątek, mając przed sobą niemal trzy dni na poznawanie miasta. W planach były historyczne mury, Bogside, kilka ciekawych miejsc w centrum i Foyle Maritime Festival, który był jednym z powodów naszej wizyty.
Wydawało się, że czasu powinno wystarczyć.
Jak zwykle w takich przypadkach rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze przekonania.
Derry okazało się bowiem miastem przypominającym rosyjską matrioszkę. Otwierasz jedną warstwę, a pod nią znajdujesz następną. I jeszcze jedną. Każda ma własną historię, własny charakter, a czasem nawet zupełnie inną atmosferę.
Nad rzeką Foyle zobaczyliśmy współczesne miasto, z charakterystycznym Peace Bridge i odnowionym nabrzeżem. Kilka minut później staliśmy przed Guildhall, którego wnętrza przeniosły nas w świat londyńskich kompanii kupieckich i historii sprzed czterystu lat.
Za historycznymi murami czekały wąskie uliczki, stare kamienice, niewielkie sklepy i zaułki, w których można było niemal zapomnieć, że znajdujemy się w XXI wieku.
A potem wystarczyło zejść do Bogside.
Tutaj historia nagle stawała się znacznie bliższa. Nie opowiadała już wyłącznie o wydarzeniach sprzed kilku stuleci. Wychodziła naprzeciw z murali, tablic pamiątkowych i nazwisk ludzi, których życie zakończyło się zaledwie kilkadziesiąt lat temu.
I kiedy wydawało się, że Derry pokazało nam już wszystkie swoje twarze, nad Foyle rozbrzmiewała muzyka, pojawiały się tłumy spacerowiczów, kolorowe stoiska, uliczni artyści i zacumowane przy nabrzeżu jachty.
To samo miasto. Zupełnie inna opowieść.
Co ciekawe, te wszystkie światy nie są od siebie oddalone o kilometry. Czasami dzieli je jedna ulica, kilka schodów albo przejście przez starą bramę.
Właśnie dlatego postanowiliśmy opowiedzieć o Derry nie w jednym ogromnym artykule, lecz w czterech powiązanych ze sobą historiach.
W tej pierwszej zapraszamy Was na spacer po samym mieście. Zajrzymy do Guildhall, przejdziemy przez stare centrum, poszukamy ciekawych zaułków, odwiedzimy okolice St Columb’s Cathedral i zobaczymy Derry nie tylko od jego reprezentacyjnej strony.
A kiedy po drodze trafimy na miejsce, którego historia zasługuje na znacznie dłuższą opowieść, otworzymy kolejną szufladkę naszej matrioszki.
Bo Derry ma tę szczególną właściwość, że czasami wystarczy skręcić za róg, żeby znaleźć się w zupełnie innej epoce.
1. Przez Foyle — pierwsze spotkanie z miastem
Nasze poznawanie Derry rozpoczęło się od strony dworca kolejowego, po wschodniej stronie rzeki Foyle.
To całkiem dobry sposób na pierwsze spotkanie z miastem. Zamiast od razu znaleźć się wśród historycznych kamienic, można najpierw spojrzeć na Derry z pewnego dystansu.
Przed nami rozciągała się rzeka, a po jej drugiej stronie wznosiło się centrum miasta. Nad nabrzeżem górowała charakterystyczna wieża Guildhall, za którą kryły się kolejne budynki starego Derry.
Oba brzegi łączył Peace Bridge — nowoczesny most pieszo-rowerowy, którego łagodnie wygięta konstrukcja wyraźnie odcina się od otaczającej zabudowy.
I trudno o lepszy symbol współczesnego Derry.
Miasto przez wiele lat kojarzone przede wszystkim z podziałami i konfliktem ma dziś most, którego nazwa wprost odwołuje się do pokoju. Można oczywiście opowiadać o jego architekturze, konstrukcji czy historii powstania, ale dla człowieka przechodzącego nim po raz pierwszy najważniejsze jest coś znacznie prostszego.
Most prowadzi z jednego Derry do drugiego.
A po drugiej stronie zaczyna się nasza opowieść.
2. Guildhall — pierwsze wielkie WOW!
Po przekroczeniu Foyle zaczęliśmy zbliżać się do historycznego centrum Derry. I właśnie wtedy przed nami wyrósł budynek, obok którego naprawdę trudno przejść obojętnie.
Guildhall.
Już z daleka uwagę przyciąga jego wysoka wieża zegarowa, strzeliste okna i charakterystyczna czerwona cegła. Całość wygląda trochę jak skrzyżowanie gotyckiego zamku z monumentalnym ratuszem. Gdy podejdzie się bliżej, wrażenie staje się jeszcze silniejsze.
Nie jest to największy budynek, jaki można zobaczyć w Irlandii Północnej. Ale ma w sobie coś, co sprawia, że człowiek odruchowo zatrzymuje się, podnosi głowę i przez chwilę po prostu patrzy.
No i pojawia się pierwsze wielkie WOW!
Z zewnątrz Guildhall prezentuje się imponująco, ale prawdziwa niespodzianka czekała na nas dopiero po przekroczeniu jego progu.
Kiedy drzwi otwierają kolejną historię
Wchodząc do środka, spodziewaliśmy się reprezentacyjnego wnętrza miejskiego ratusza. Może kilku pamiątkowych tablic, wystawy historycznej, sali posiedzeń.
Tymczasem znaleźliśmy się w budynku, w którym niemal każdy kolejny fragment opowiadał coś o przeszłości Derry.
Największe wrażenie zrobiła na nas główna sala.
Przestronna, wysoka, z drewnianymi galeriami, ozdobnym sklepieniem i ogromnymi organami zajmującymi znaczną część jednej ze ścian. Wystarczyło wejść kilka kroków dalej, żeby odruchowo zacząć rozglądać się we wszystkich kierunkach.
A kiedy wzrok powędrował ku oknom, pojawiło się kolejne zaskoczenie.
Witraże!
Nie jeden czy dwa dekoracyjne elementy, ale całe kompozycje pełne postaci, herbów, symboli i historycznych scen.
I tutaj Guildhall pokazał nam coś, czego nie sposób dostrzec z zewnątrz. Jego wnętrze nie jest wyłącznie reprezentacyjną przestrzenią. To również opowieść o mieście, zapisana w szkle, drewnie i kamieniu.
Historia zapisana w kolorowym szkle
Witraże Guildhall zasługują na szczególną uwagę. Nie tylko ze względu na rozmiary czy kunszt wykonania.
Przedstawiają między innymi historię miasta, jego związki z londyńskimi kompaniami kupieckimi oraz wydarzenia, które ukształtowały Derry.
I właśnie tutaj zaczyna się kolejna warstwa naszej matrioszki.
Bo żeby zrozumieć, dlaczego w północnoirlandzkim mieście pojawiają się symbole londyńskich gildii, trzeba cofnąć się do początku XVII wieku.
Wtedy rozpoczął się proces, który na zawsze zmienił tę część wyspy — Plantation of Ulster, czyli zorganizowane osadnictwo prowadzone pod patronatem angielskiej Korony.
W przedsięwzięciu uczestniczyły również londyńskie kompanie, a ich działalność odegrała ważną rolę w rozwoju miasta, które otrzymało nazwę Londonderry.
Nie będziemy tutaj szczegółowo opowiadać całej tej historii. Zrobiliśmy to już podczas naszego spaceru po historycznych murach.
Mury Derry: historia miasta, które przetrwało oblężenie
W Guildhall wystarczy spojrzeć na witraże, żeby dostrzec, jak głęboko przeszłość wpisała się w tożsamość miasta.
Budynek, który sam ma swoją historię
Dzisiejszy Guildhall nie jest pierwszym budynkiem stojącym w tym miejscu.
Pierwotną siedzibę wzniesiono pod koniec XIX wieku. W 1908 roku została poważnie zniszczona przez pożar, a następnie odbudowana.
O tych wydarzeniach przypominają między innymi tablice znajdujące się wewnątrz budynku.
Co ciekawe, Guildhall nie jest jedynie zabytkiem udostępnionym turystom. Nadal pełni funkcje obywatelskie i reprezentacyjne. Można tu zobaczyć między innymi Council Chamber, czyli salę posiedzeń rady miejskiej.
I właśnie to połączenie robi szczególne wrażenie.
Z jednej strony historia sprzed kilku stuleci, przedstawiona na witrażach i pamiątkowych tablicach. Z drugiej — miejsce, które nadal uczestniczy w codziennym życiu miasta.
Nie muzeum zamknięte w przeszłości, lecz budynek, w którym przeszłość i teraźniejszość funkcjonują obok siebie.
Jeszcze jedno spojrzenie
Zanim opuściliśmy Guildhall, warto było jeszcze raz rozejrzeć się po jego wnętrzu.
Wysokie okna, kolorowe szkło, drewniane galerie, ogromne organy…
Z zewnątrz budynek robi wielkie wrażenie. Ale dopiero po wejściu do środka człowiek zaczyna rozumieć, jak wiele historii ukrywa się za jego ceglanymi ścianami.
A przecież dopiero zaczęliśmy poznawać Derry.
Za drzwiami czekały kolejne ulice, przejścia i zaułki. I nie mieliśmy jeszcze pojęcia, jak bardzo potrafią zaskoczyć.
3. Miasto, które nie bardzo przejmuje się poziomem
Z zewnątrz wszystko wydaje się dość proste.
Historyczne centrum Derry otaczają mury, które można obejść spokojnym krokiem w około czterdzieści minut. Nie jest to więc ogromna przestrzeń. Patrząc na nią z góry, można nawet odnieść wrażenie, że układ ulic i budynków da się bez większego wysiłku zapamiętać.
Nic bardziej mylnego.
Wystarczy zejść z głównej ulicy, skręcić w jeden z bocznych zaułków albo przejść przez starą bramę, żeby odkryć, że Derry ma nie tylko kilka warstw historii, ale również kilka poziomów wysokości.
I to dosłownie.
Za bramą zaczyna się kolejne miasto
Przejście przez Magazine Gate było jednym z tych momentów, kiedy znów poczuliśmy, że otwieramy kolejną szufladkę naszej matrioszki.
Po drugiej stronie czekały wąskie uliczki, niewielkie bary, sklepiki, pracownie krawieckie i lodziarnie. Kamienice stojące blisko siebie tworzyły przejścia, które chwilami bardziej przypominały korytarze niż miejskie ulice.
Wystarczyło kilka kroków, żeby gwar większej ulicy pozostał za plecami.
Ale zanim ruszymy dalej, warto wrócić na chwilę do naszych pierwszych godzin w Derry. Bo jedno z ciekawszych miejsc odwiedziliśmy jeszcze przed zameldowaniem.
Muzeum? A po co najpierw zostawiać bagaże?
Nie wszystkie nasze odkrycia w Derry następowały podczas zaplanowanych spacerów.
Tak było z Tower Museum.
Dopiero przyjechaliśmy do miasta. Bagaże nadal mieliśmy przy sobie, a do zakwaterowania pozostało jeszcze trochę czasu.
I właśnie wtedy Dana zauważyła, że muzeum jest otwarte.
Właściwie nie było nawet dyskusji.
Skoro otwarte, to wchodzimy!
W ten sposób, zamiast najpierw zostawić walizki i spokojnie rozpocząć zwiedzanie, znaleźliśmy się w muzeum z całym naszym podróżnym dobytkiem.
A w środku czekała na nas wystawa poświęcona Derry Girls.
Serial opowiada o dorastaniu grupy nastolatek w Derry w latach dziewięćdziesiątych, kiedy codzienne życie mieszkańców nadal pozostawało pod wpływem konfliktu w Irlandii Północnej.
Ale robi to w sposób, który potrafi zaskoczyć — z ogromną dawką humoru, absurdem codziennych sytuacji i bohaterkami, dla których szkolne problemy bywają równie ważne jak wielka historia rozgrywająca się za oknem.
Wystawa pozwalała zajrzeć do świata serialu, zobaczyć związane z nim pamiątki i przypomnieć sobie jego najbardziej charakterystyczne elementy.
Co istotne, podczas naszej wizyty była to jedyna wystawa pozostająca w Tower Museum. Pozostałe ekspozycje zostały przeniesione do innych lokalizacji.
I tak oto naszą przygodę z Derry rozpoczęliśmy od spotkania z jego telewizyjnymi bohaterkami.
Z walizkami.
Jeszcze przed zameldowaniem.
Trudno o bardziej włóczęgowski początek!
Architektura, która musi dogadać się ze wzgórzem
Wracamy jednak do naszych uliczek, bo największą niespodzianką nie były same budynki.
Był nią teren.
Idziesz zwyczajnym chodnikiem, mijasz witryny sklepowe, skręcasz za róg i nagle okazuje się, że przed Tobą są schody.
Nie trzy czy cztery stopnie.
Schody o wysokości mniej więcej dwóch pięter!
A kiedy już zejdziesz na dół, nadal jesteś w tym samym niewielkim centrum, wewnątrz historycznych murów.
Dopiero podczas takiego spaceru zaczyna się zauważać, jak bardzo ukształtowanie terenu wpływa na wygląd miasta.
Kamienice stoją jedna obok drugiej, ale poziom ulicy potrafi gwałtownie się zmieniać. To, co przy jednym końcu budynku wygląda jak parter, kilkadziesiąt metrów dalej może znajdować się znacznie wyżej względem chodnika.
Fasady dopasowują się do nachylenia ulic, wejścia pojawiają się na różnych wysokościach, a schody i przejścia łączą miejsca, które na zwykłym planie miasta wydają się leżeć tuż obok siebie.
Czasami człowiek ma wrażenie, że architekt najpierw postawił kamienice, a dopiero później ktoś przypomniał sobie, że należałoby jeszcze jakoś poprowadzić pomiędzy nimi ulice.
Oczywiście było odwrotnie. To zabudowa musiała dostosować się do terenu.
Ale efekt potrafi zaskoczyć.
I właśnie dlatego spacer po Derry jest tak interesujący. Tutaj nie wystarczy patrzeć przed siebie. Trzeba również spoglądać w górę, w dół, za bramy i pomiędzy budynki.
Zaułki, w których toczy się zwyczajne życie
Wśród tych wszystkich schodów, przejść i kamienic kryje się jeszcze jedno Derry.
Nie monumentalne, nie muzealne i niekoniecznie takie, jakie znajdziemy na turystycznych pocztówkach.
Małe bary, pracownie, sklepiki, lodziarnie, kolorowe dekoracje i witryny, które zachęcają, żeby choć na chwilę zwolnić.
Właśnie tutaj szczególnie wyraźnie widać, że stare miasto nie jest wyłącznie zbiorem zabytków.
To normalna przestrzeń, w której ludzie pracują, robią zakupy, spotykają się i spędzają czas.
A historyczne mury, które z na zewnątrz wydają się najważniejszym elementem Derry, stają się po prostu częścią otoczenia.
I pomyśleć, że całą tę przestrzeń można obejść po murach w niespełna godzinę.
Z góry wszystko wyglądało tak prosto.
Na dole okazało się, że Derry ma znacznie więcej zakamarków, niż sugerowałby jego rozmiar.
4. St Columb’s Cathedral — chwila spokoju w miejskim labiryncie
Wędrując pomiędzy kamienicami, pokonując kolejne schody i zaglądając w boczne uliczki, stopniowo zbliżaliśmy się do jednego z najważniejszych budynków historycznego Derry.
St Columb’s Cathedral — katedry św. Kolumby.
I tutaj miasto przygotowało nam kolejną niespodziankę.
Jeszcze przed chwilą otaczały nas witryny niewielkich sklepów, bary, kolorowe dekoracje i ciasne przejścia pomiędzy budynkami. A teraz, niemal bez ostrzeżenia, znaleźliśmy się przed monumentalną kamienną świątynią.
Wysoka wieża, potężne mury, charakterystyczne ostrołukowe okna i architektura, która natychmiast przypomina, że znajdujemy się w jednym z najstarszych fragmentów miasta.
Nie trzeba być znawcą architektury sakralnej, żeby docenić ten widok.
Katedra starsza od wielu opowieści o mieście
St Columb’s Cathedral należy do najważniejszych zabytków Derry.
Świątynię ukończono w 1633 roku, w okresie, kiedy miasto rozwijało się w następstwie Plantation of Ulster. Jej powstanie związane było z działalnością londyńskich kompanii, które odegrały znaczącą rolę w kształtowaniu ówczesnego Londonderry.
Katedra należy do Kościoła Irlandii (Church of Ireland), czyli tradycji anglikańskiej.
Jej patronem jest św. Kolumba — mnich i misjonarz z VI wieku, którego działalność na trwałe wpisała się w historię Derry.
I tutaj znów nasza matrioszka otwiera kolejną warstwę.
Bo zanim powstały XVII-wieczne mury, zanim pojawiły się londyńskie kompanie i zanim miasto zaczęto nazywać Londonderry, istniała już znacznie starsza historia związana ze św. Kolumbą.
Wokół katedry
Nie ograniczyliśmy się do spojrzenia na fasadę.
Postanowiliśmy obejść cały budynek, zaglądając również na przylegający do niego teren i cmentarz.
I właśnie podczas takiego spaceru katedra zaczyna pokazywać swój prawdziwy charakter.
Z każdej strony wygląda nieco inaczej. Zmienia się perspektywa, pojawiają się kolejne detale kamieniarki, okna, przypory i fragmenty murów.
A pomiędzy nimi — stare nagrobki.
Kamienie, które pamiętają
Cmentarz otaczający katedrę jest jednym z tych miejsc, gdzie człowiek mimowolnie zwalnia.
Nagrobki o różnych kształtach, zatarte inskrypcje, stare kamienne płyty. Każda z nich przypomina o kimś, kto kiedyś mieszkał w tym mieście.
Niektóre nazwiska można jeszcze odczytać. Inne niemal zniknęły pod wpływem czasu i pogody.
I trudno nie pomyśleć, jak wiele pokoleń mieszkańców Derry przewinęło się przez te ulice.
Ludzie, którzy pamiętali oblężenie. Ludzie, którzy żyli w czasach rozwoju przemysłu. Ci, którzy obserwowali, jak miasto zmienia się w XIX i XX wieku.
Dla nas są dziś częścią historii.
Dla nich Derry było po prostu domem.
Jedna katedra, trzy różne perspektywy
Co ciekawe, St Columb’s Cathedral towarzyszyła nam już wcześniej podczas poznawania miasta.
Widzieliśmy ją z historycznych murów Derry, gdzie stanowiła jeden z charakterystycznych punktów panoramy.
Później spoglądaliśmy na nią z Bogside, tym razem od dołu, z zupełnie innej perspektywy.
Teraz znaleźliśmy się tuż obok niej.
I właśnie w takich momentach najlepiej widać, jak niewielkie odległości dzielą w Derry miejsca należące do zupełnie różnych opowieści.
Ta sama katedra pojawia się w historii XVII-wiecznego miasta, w krajobrazie Bogside i w naszym zwyczajnym spacerze po uliczkach współczesnego Derry.
Wracamy do miasta
Po obejściu katedry ponownie ruszyliśmy w stronę uliczek starego centrum.
I choć przez chwilę mogliśmy nacieszyć się spokojniejszą atmosferą, Derry nie zamierzało pozwolić nam zbyt długo pozostawać w jednym nastroju.
Bo gdzieś niedaleko czekała na nas kolejna zagadka.
Tym razem nie miała kilkuset lat, nie była zabytkową świątynią ani historycznym pomnikiem.
Była czarna, wysoka i wyglądała, jakby ktoś ustawił na sobie kilka ogromnych kontenerów.
A ponieważ znajdowaliśmy się w okolicy związanej ze sztuką, pierwsze skojarzenie nasuwało się samo.
Czyżby kolejna instalacja artystyczna?
5. Sztuka współczesna? Niekoniecznie!
Derry zdążyło nas już przyzwyczaić do tego, że za każdym rogiem może czekać coś nieoczekiwanego.
Przy Pump Street zobaczyliśmy coś, co kompletnie nie pasowało do otoczenia.
Trzy wielkie, czarne kontenery ustawione jeden na drugim.
Nie jakieś niewielkie skrzynie czy elementy dekoracyjne. Prawdziwe, potężne kontenery, tworzące wysoką, ciemną konstrukcję tuż przy starym budynku.
Pierwsza myśl?
Instalacja artystyczna!
W końcu znajdowaliśmy się w okolicy, gdzie sztuka współczesna nie jest niczym niezwykłym. A jeśli ktoś potrafi ustawić trzy kontenery jeden na drugim i pomalować je na czarno, to równie dobrze może próbować w ten sposób przekazać światu jakąś głęboką myśl.
Gdzie jest właściwie ta wystawa?
Zacząłem przyglądać się konstrukcji.
Może gdzieś znajduje się tablica z nazwiskiem artysty? Jakiś opis? Grafika? Cokolwiek, co wyjaśniałoby sens tego niezwykłego dzieła?
Nic.
Przeszedłem wzdłuż kontenerów raz.
Potem drugi.
A ponieważ nie lubię zostawiać zagadek bez rozwiązania, zrobiłem to jeszcze trzeci raz.
Nadal nic.
Żadnego podpisu, żadnych eksponatów, żadnej informacji o wystawie.
Zaczynałem już podejrzewać, że mam do czynienia ze sztuką współczesną w jej najbardziej wymagającej odmianie — taką, w której widz musi sam wymyślić, co właściwie ogląda.
Rozwiązanie zagadki
Dopiero później okazało się, że cała historia jest znacznie mniej artystyczna, choć wcale nie mniej interesująca.
Kontenery nie były instalacją ani elementem wystawy.
Stanowiły część tymczasowego zabezpieczenia sąsiedniego, uszkodzonego budynku.
Ich zadaniem było zabezpieczenie otoczenia, a nie wzbudzanie zachwytu miłośników awangardy.
Przyznam, że rozwiązanie tej zagadki wywołało u mnie niemałe rozbawienie.
Trzy razy szukałem dzieła sztuki tam, gdzie ktoś po prostu próbował rozwiązać problem budowlany!
Ale jest w tym również coś charakterystycznego dla Derry.
To miasto nie składa się wyłącznie z pięknie odrestaurowanych zabytków. Są tu również budynki wymagające naprawy, zaniedbane fragmenty zabudowy i miejsca, w których historia okazuje się znacznie trudniejsza w utrzymaniu, niż mogłoby się wydawać na turystycznych fotografiach.
I właśnie takie szczegóły sprawiają, że podczas spaceru poznajemy prawdziwe miasto, a nie tylko jego pocztówkową wersję.
Derry bez makijażu
Czarne kontenery przypomniały nam o czymś, co podczas dalszej wędrówki stawało się coraz bardziej widoczne.
Derry potrafi zachwycić monumentalną architekturą Guildhall, pięknymi witrażami czy historyczną katedrą.
Ale wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów, żeby znaleźć się w zupełnie innym otoczeniu.
Stare, zamknięte lokale. Zniszczone elewacje. Wąskie zaułki, w których czas jakby zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu.
Niektóre miejsca wyglądały tak, jakby ekipa remontowa wyszła na przerwę i od bardzo dawna nie mogła zdecydować się na powrót.
Nie odbierało to miastu uroku. Przeciwnie — pozwalało zobaczyć je bez upiększeń.
Bo Derry nie jest dekoracją przygotowaną dla turystów.
Jest miastem, które żyje, zmienia się, starzeje i nieustannie próbuje godzić swoją niezwykle bogatą przeszłość z wymaganiami współczesności.
A czasami potrzebuje do tego trzech czarnych kontenerów.
6. Historia na placu i na ulicy — Derry przez dziesięciolecia
Po przygodzie z naszą niedoszłą instalacją artystyczną ruszyliśmy dalej przez stare centrum.
Derry po raz kolejny przypomniało nam o swojej szczególnej właściwości. Tutaj odległości bywają niewielkie, ale różnice wysokości potrafią zaskoczyć.
Ulice wznoszą się i opadają, kamienice stoją na różnych poziomach, a spacer, który na mapie wygląda na zupełnie niewinny, w rzeczywistości potrafi zamienić się w całkiem przyzwoitą gimnastykę.
Tym razem dotarliśmy do miejsca, które stanowi serce historycznego układu miasta.
The Diamond.
Pomnik w samym sercu miasta
Nazwa może sugerować coś związanego z diamentami, ale The Diamond to przede wszystkim centralny plac starego Derry.
Zbiegają się tutaj cztery główne ulice historycznego centrum. To właśnie wokół tego miejsca od stuleci koncentrowało się miejskie życie.
Pośrodku placu stoi monumentalny pomnik.
Trudno go przeoczyć.
Wysoka kamienna konstrukcja, zwieńczona uskrzydloną postacią, a u podstawy figury żołnierza i marynarza. Całość zdecydowanie wyróżnia się na tle otaczających kamienic.
To Diamond War Memorial, upamiętniający mieszkańców Derry, którzy zginęli podczas służby wojskowej w czasie I wojny światowej.
Pomnik odsłonięto w 1927 roku.
Nazwiska, które nie znają podziałów
Przez wiele lat pomnik budził w mieście kontrowersje.
Część mieszkańców postrzegała go przede wszystkim jako symbol brytyjskiej tradycji wojskowej, z którą nie wszyscy w Derry się utożsamiali.
Prowadzone później badania przyniosły jednak interesujące odkrycie.
Wśród upamiętnionych znaleźli się mieszkańcy wywodzący się z obu głównych społeczności miasta — zarówno nacjonalistycznej, jak i unionistycznej.
Ludzie, których na co dzień mogły dzielić poglądy polityczne, religia czy wyobrażenia o przyszłości Irlandii, ginęli na tych samych frontach.
Pomnik, przez lata będący przedmiotem sporów, stał się również miejscem działań mających przybliżyć mieszkańcom wspólną, choć niełatwą historię.
I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą szukaliśmy ukrytego sensu w trzech czarnych kontenerach.
Tutaj natomiast historia naprawdę ukrywała się na widoku — w nazwiskach wyrytych na kamieniu.
Ulica, która znowu prowadzi w dół
Od The Diamond można ruszyć w stronę Guildhall i rzeki Foyle.
Wystarczy spojrzeć wzdłuż Shipquay Street, żeby przypomnieć sobie, dlaczego nazwaliśmy Derry miastem, które nie bardzo przejmuje się poziomem.
Ulica opada tak zdecydowanie, że perspektywa budynków niemal natychmiast przyciąga wzrok.
Kamienice stoją ciasno obok siebie, witryny sklepowe podążają za nachyleniem chodnika, a na dole otwiera się widok w kierunku kolejnej części miasta.
To jeden z tych fragmentów Derry, gdzie naprawdę warto przystanąć i spojrzeć przed siebie.
Ale naszą uwagę przyciągnęło jeszcze coś innego.
Ogromna uliczna grafika przedstawiająca zmieniające się przez dziesięciolecia Derry.
Historia, którą można obejrzeć podczas spaceru
Nie była to niewielka tablica informacyjna ani pojedynczy mural.
Przed nami rozciągała się długa kompozycja graficzna, prowadząca przez kolejne okresy historii miasta.
Można było przechodzić wzdłuż niej, obserwując, jak zmieniały się ulice, budynki i miejskie życie.
Zamiast oglądać jeden historyczny obraz, otrzymaliśmy coś w rodzaju opowieści rozpisanej na kolejne kadry.
I tutaj aparat fotograficzny okazał się trochę niewygodnym narzędziem.
Jak bowiem zmieścić tak długą historię w jednym zdjęciu?
Odpowiedź była prosta.
Trzeba było przejść wzdłuż niej z kamerą.
Tak właśnie powstało nagranie, które pozwala prześledzić kolejne fragmenty grafiki niemal tak, jak oglądaliśmy je na miejscu.
Austins — jeszcze jedna historia przy The Diamond
Tuż obok znajduje się budynek dawnego domu towarowego Austins.
Jego charakterystyczna architektura przypomina czasy, kiedy wielkie sklepy wielobranżowe były nie tylko miejscami zakupów, ale również symbolami handlowego znaczenia miasta.
Historia przedsiębiorstwa sięga 1830 roku.
Przez dziesięciolecia Austins było jednym z najbardziej rozpoznawalnych adresów handlowych Derry.
Dziś sam budynek stanowi kolejny element historycznego krajobrazu centrum.
I trudno nie zauważyć pewnej symboliki.
Przed nami monumentalny pomnik poświęcony poległym mieszkańcom miasta. Obok dawny dom towarowy, przypominający o codziennym życiu kolejnych pokoleń. A wzdłuż ulicy ogromna grafika, która pokazuje, jak Derry zmieniało się na przestrzeni lat.
Trzy różne sposoby opowiadania historii.
Wszystkie w odległości krótkiego spaceru.
Miasto, które opowiada samo siebie
Zaczynaliśmy naszą wędrówkę od Peace Bridge, symbolu współczesnego Derry.
Później zachwycaliśmy się Guildhall, odkrywaliśmy labirynt uliczek, obchodziliśmy XVII-wieczną katedrę i zastanawialiśmy się nad tajemniczą konstrukcją z kontenerów.
Teraz stanęliśmy w miejscu, gdzie historia miasta została zapisana jednocześnie w kamieniu, architekturze i ulicznej grafice.
A wszystko to na obszarze, który można obejść po murach w czterdzieści minut.
Im dłużej spacerowaliśmy po Derry, tym bardziej przekonywaliśmy się, że jego niewielkie rozmiary są wyjątkowo mylące.
Bo tutaj odległości mierzy się nie tylko w metrach.
Czasami znacznie lepiej mierzyć je w stuleciach.
7. Złoty czajnik, puby i Derry bez turystycznego przewodnika
Po The Diamond i historycznej opowieści rozciągniętej wzdłuż ulicy wróciliśmy do zwyczajnego miejskiego życia.
Chociaż określenie „zwyczajnego” w przypadku Derry bywa nieco ryzykowne.
Bo tutaj nawet podczas spokojnego spaceru można natknąć się na rzeczy, które skutecznie odwracają uwagę od zabytków.
Na przykład ogromny złoty czajnik.
Tak, czajnik.
Nie fontanna, nie pomnik, nie instalacja upamiętniająca jakieś wielkie wydarzenie historyczne.
Wielki, złoty czajnik umieszczony wysoko na budynku.
Trudno powiedzieć, czy bardziej zachęcał do wypicia herbaty, czy do wyciągnięcia aparatu fotograficznego. W naszym przypadku zdecydowanie wygrała ta druga możliwość.
Miasto małych odkryć
W Derry warto czasami schować mapę i pozwolić sobie na odrobinę błądzenia.
Jedna uliczka prowadzi do niewielkiego pubu, druga do sklepu, którego witryna wygląda jak żywcem przeniesiona z innej epoki. Gdzieś pojawia się pracownia krawiecka, gdzie indziej mała kawiarnia lub lodziarnia.
Niektóre lokale mają eleganckie, odnowione fasady. Inne wyglądają tak, jakby od kilkudziesięciu lat nie zmieniły nawet szyldu.
I wcale nie musi to być wada.
Takie miejsca nadają miastu charakter, którego nie da się stworzyć za pomocą jednolitego projektu rewitalizacji.
Szczególnie podobały nam się niewielkie przejścia i zaułki. Czasami wystarczyło zejść kilka schodów, żeby znaleźć się na podwórku otoczonym budynkami, których istnienia z głównej ulicy nawet byśmy nie podejrzewali.
Derry ponownie otwierało przed nami kolejną szufladkę swojej matrioszki.
Nie wszystko musi być piękne
Były też miejsca, w których miasto pokazywało mniej reprezentacyjną twarz.
Zamknięte lokale, zaniedbane elewacje, graffiti, puste witryny i fragmenty ulic sprawiające wrażenie, jakby od dawna czekały na lepsze czasy.
Nie zamierzamy ich ukrywać.
Bo przecież nie przyjechaliśmy do Derry po to, żeby fotografować wyłącznie świeżo odmalowane fasady.
Chcieliśmy zobaczyć miasto takim, jakie jest.
Z jego wspaniałymi zabytkami, trudną historią, współczesnym życiem i wszystkimi niedoskonałościami.
I właśnie takie Derry zapamiętamy.
8. Jeszcze jedna kawa, zanim ruszymy dalej
Trzy dni w Derry minęły zaskakująco szybko.
Były spacery po historycznych murach, odkrywanie Bogside, zachwyt nad Guildhall, wędrówki po uliczkach starego miasta i kolorowy Foyle Maritime Festival.
Były miejsca, do których dotarliśmy przypadkiem, i takie, które od początku znajdowały się na naszej liście.
Nie wszędzie udało się zajrzeć.
Na przykład Siege Museum musiało poczekać na inną okazję. Czasu zabrakło, a w niedzielę zastaliśmy je zamknięte.
Ale nie traktowaliśmy tego jak porażki.
Przeciwnie.
Derry pozostawiło nam całkiem sporo powodów, żeby tutaj wrócić.
Guildhall Taphouse, godzina 13:00
Na zakończenie naszej wędrówki zatrzymaliśmy się w Guildhall Taphouse.
Była godzina trzynasta.
Po tylu kilometrach spacerów, fotografowaniu kolejnych uliczek i nieustannym zaglądaniu za każdy róg chwila odpoczynku przy kawie była czymś więcej niż zasłużoną nagrodą.
Można było wreszcie usiąść, odłożyć aparat i przez moment nigdzie się nie spieszyć.
Za nami zostały monumentalne budowle, historyczne mury, strome schody i zaułki, które jeszcze kilka dni wcześniej były dla nas zupełnie nieznane.
Przed nami — droga powrotna.
A w głowie? Cała masa obrazów, wspomnień i kolejnych historii, które dopiero trzeba będzie uporządkować.
I właśnie wtedy najlepiej było widać, jak bardzo pomyliliśmy się, sądząc przed przyjazdem, że trzy dni wystarczą, żeby poznać Derry.
Wystarczyły, żeby się nim zachwycić.
Ale zdecydowanie nie wystarczyły, żeby odkryć wszystko.
Derry — miasto, do którego się wraca
Na początku naszej opowieści porównaliśmy Derry do rosyjskiej matrioszki.
Po trzech dniach wędrówki to porównanie wydaje nam się jeszcze trafniejsze.
Odkrywaliśmy kolejne warstwy miasta, a pod każdą znajdowaliśmy następną.
Za współczesnym nabrzeżem kryły się historyczne mury. Za nimi — stare uliczki, zabytki i opowieści sprzed stuleci. Jeszcze dalej Bogside, którego historia pozostaje żywa w pamięci mieszkańców.
A pomiędzy tym wszystkim zwyczajne życie.
Sklepy, bary, kawiarnie, ludzie spieszący do pracy, dzieci na spacerach i turyści próbujący odnaleźć drogę wśród ulic, które nie zawsze przejmują się poziomem.
Derry nie jest miastem, które można zamknąć w jednym artykule.
Dlatego naszą opowieść podzieliliśmy na kilka części.
Historyczne mury zabiorą Was do XVII-wiecznego miasta i czasów wielkiego oblężenia.
Bogside pokaże historię znacznie bliższą współczesności, której ślady nadal można odnaleźć na ulicach.
Foyle Maritime Festival pozwoli zobaczyć jeszcze inne Derry — pełne muzyki, kolorów i ludzi bawiących się nad rzeką.
A ta opowieść?
To po prostu nasze Derry.
Miasto, które poznawaliśmy krok po kroku, czasami z zachwytem, czasami ze zdumieniem, a niekiedy z uśmiechem na widok rzeczy, których zupełnie się nie spodziewaliśmy.
I chociaż właśnie kończyliśmy naszą wizytę, jedno było już pewne.
My tu jeszcze wrócimy.
Bo mamy wrażenie, że w tej matrioszce zostało jeszcze kilka nieotwartych figurek.
Poznaj Derry/Londonderry razem z nami:
WŁÓCZĘDZY MELDUJĄ SIĘ NAD FOYLE
| Derry/Londonderry — Miasto ukryte w mieście | Mury Miejskie | Derry Bogside | Foyle Maritime Festival |
Odkrywaj z Nami
