Są miejsca, które odwiedzasz, robisz zdjęcia, wrzucasz post i idziesz dalej.
A są też takie, które nie chcą cię wypuścić.
Donegal zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że człowiek jedzie tam „na weekend”, a wraca z planem kolejnych pięciu wypraw, listą miejsc, do których tym razem na pewno dotrze, i wewnętrznym przekonaniem, że pogoda następnym razem będzie przecież bardziej cywilizowana? (Spoiler: nie będzie.)
To hrabstwo jest trochę jak ten znajomy z pubu, który mówi:
„Jeszcze jedno i idziemy.”
Tyle że po Donegalu to „jeszcze jedno” może oznaczać:
- klify wyższe niż twoje ambicje po poniedziałku,
- wodospady ukryte tak skutecznie, jakby same nie chciały być znalezione,
- opuszczone miejsca z klimatem gotowym na własny serial Netflixa,
- plaże, na których człowiek zastanawia się, czy przypadkiem nie skręcił do Islandii,
- i drogi, które Google Maps pokazuje z bezczelnym spokojem, mimo że bardziej przypominają eksperyment geologiczny niż infrastrukturę.
A to dopiero początek.
Bo Donegal to nie pojedynczy cel podróży. To cały archipelag historii, krajobrazów, absurdów pogodowych i miejsc, które zasługują na własne opowieści.
I dokładnie to zamierzamy zrobić.
Wracamy tu jeszcze nieraz.
Bo nie wszystko już widzieliśmy.
A nawet to, co widzieliśmy… w irlandzkim świetle za każdym razem wygląda inaczej.
Donegal nie mówi „do widzenia”.
Donegal mówi:
„See you when the weather pretends to cooperate.”